Pokazywanie postów oznaczonych etykietą początek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą początek. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 7 czerwca 2015

Lokatorka

Marzenie o domku to jedno. Ale nie może w nim zabraknąć mieszkańców. A w szczególności gospodyni. Przeszukiwałam czeluście Internetu w poszukiwaniu idealnej głównej postaci.
Eve (Eve the cat - Doll) zdobyła moje serce momentalnie. Jednakże cena powaliła mnie z nóg. Przechodząc od strony do strony znalazłam też informacje jak własnoręcznie zrobić takie cudo, więc wierzę w to, że za kilka lat faktycznie podejmę się tego wyzwania. Obecnie jestem większą realistką niż pół roku temu, gdy wydawało mi się, że będzie na wszystko czas, że będą fundusze oraz umiejętności aby samemu ulepić taką BJD. 
Drugą już realniejszą opcją była Heidi Ott. Oczywiście podeszłam do sprawy ambitnie i ekonomicznie. Wybrałam wersję bez ubrań i bez włosów. Jeśli jakiś początkujący w tym hobby ma podobny plan proponuję kilkukrotnie to przemyśleć. Zapewne inaczej ma się sprawa gdy już się jakiś czas siedzi w miniaturach. Ja obecnie niestety żałuję, że nie zdecydowałam się na zakup bardziej kompletny. Jednak stało się :) w porywie dobrego humoru i pozytywniejszych widoków na moją finansową przyszłość oraz nagłej dostępności mojego wybranego produktu. Stało się. Zamówiłam moją własną Heidi w asyście dwóch lampek nocnych. Bo jednak szkoda trochę tak drogiej przesyłki z Anglii wysyłać z samą jedną małą laleczką.

Przepełniona byłam ekscytacją, moje marzenie zaczęło się spełniać. Błękitnooka Heidi przyjechała bardzo szybko. Pierwsza myśl: "O boże jakie to plastikowe i małe". To była moja pierwsza zakupiona rzecz z w skali 1/12. Nie wiedziam, czego się spodziewać. Jestem z niej zadowolona i uważam, że jest przeurocza. 


Wiedziałam, że teraz wyzwanie kolejne a mianowicie włosy i ubranie. Pobiegłam na zakupy materiałowe, by oczywiście mieć w czym wybierać (jakby dotychczasowych zbiorów było mało). Nakupowałam dwie siatki różności, różniastych. Przy czym pomimo upływu czasu nadal nie mam sukienki dla niej. Podchodzę do tego tematu jak pies do jeża. Najchętniej wykorzystałabym jakiś wzór, w stylu - "to zawsze wychodzi dobrze, nie da się tego zepsuć". Jednak przeszukuję Pinterest i nic takiego jeszcze nie znalazłam. Temat włosów wygląda inaczej. Marzyła mi się ruda błękitnooka dziewczyna, która bądź co bądź będzie moim odpowiednikiem. Pod wpływem chwili w sklepie z gumkami do włosów i treskami kupiłam pasemko do wpinania we włosy. Pasmo o pięknym rudym odcieniu. Niestety przeokropnie sztuczne i sztywne włosy. Nie zrażając się stwierdziłam, że przetestuję mój zakup i korzystając z kleju wikol (!) wykonałam pierwszą perukę. Pierwszą bo jak nie trudno się domyśleć ani włosie ani klej nie nadawały się do jej wykonania. Klej jest sztywny po wyschnięciu i się połamał, a włosy w momencie gdy są rozpuszczone wyglądają jakby błękitnooka była pod stałym działaniem elektrowstrząsów. Udało mi się zrobić piękne zdjęcie w świetle wczesnowiosennego kwietniowego słońca i tyle byłoby z pożytku z tej peruki. Przede mną konieczność zrobienia kolejnej. Tym razem muszę to przemyśleć lepiej. Natomiast zanim dojdę do wprawy w tym temacie musiałbym chyba ich zrobić z dziesięć.

Błękitnooka

piątek, 5 czerwca 2015

Pierwsze zakupy i produkcja łóżka cz. 1

Ten post miał trafić tu 3 miesiące temu, jednakże moja rzeczywistość uległa pewnej zmianie, co zachwiało moim dotychczasowym trybem życia. A z tym oczywiście związane utrudnienie realizacji planów. Korzystając z wolnego weekendu nadrabiam zaległości.

Pierwsze zakupy powiązane z moim domkiem, były bardzo ale to bardzo trudne. No bo na co się zdecydować? Czy zaczynam od stolarki, czy od szycia, czy od mas termoplastycznych, czy od małych papierowych akcesoriów???

Od przeglądania internetu głowa rozbolała. No ale trzeba ruszyć.
Szybka męska decyzja i stawiam na meble. Meble ręcznie robione z balsy. Lista zakupów rośnie, brak wiedzy i doświadczenia nie pomaga. Zresztą nigdy balsy w dłoni nie miałam. Wybrałam dwa kleje, matę samoregenerującą się, skalpel. W związku z tym, że jeszcze będzie szykowane łoże, dokupiłam ścierki.
Postanowiłam, zacząć od produkcji mebelków do mojej przyszłej sypialni. Wizja łóżka nie od razu była jasna. Wiedziałam natomiast, że musi być takie w jakim sama chciałabym spać. No i dwu osobowe. Niestety nie miałam jeszcze wtedy lalki. Więc obliczałam skale z kalkulatorem. Ale jak t to będzie wyglądać już po wprowadzeniu lalki, tego nie wiedziałam.

Bardzo podobają mi się tapicerowane łóżka. Pierwotnie myślałam o musztardowym, pikowanym zagłówku z rzeźbioną różą. Dlatego też na projekcie po lewej możecie zobaczyć żółty kolor. Są też załączone dwa z kilku zdjęć, które były dla mnie inspiracją. Kolor drewna natomiast ma być może mało oryginalnie mahoniowy.
Niestety wśród materiałów jakie otrzymałam nie znalazłam koloru musztardy. Ale czego się spodziewać po nieaktualnym próbniku materiałów do tapicerki mebli. Ostatecznie musiałam się zdecydować na oliwkową zieleń. Nie przewidziałam tylko, że jest ona w pełni nie fotogeniczna i w zależności od jej widzimisię przybiera inny kolor.

Produkowanie mebla zaczęłam od rzeczy, które nie są mi całkowicie obce, czyli od szycia. Przynajmniej tak mi się wydawało na początku. Kilka elementów pokrowca udało mi się faktycznie zszyć. Natomiast znaczną większość potraktowałam Wikolem. I w tym momencie ciesze się po stokroć, że wikol jest w miarę uniwersalny i materiał również sklei.
Trzy warstwy gąbko zmywaka, tektura modelarska dla wzmocnienia między 2 a 3 warstwą gąbki. Tektura spowodowała, ze materac jest w miarę sztywny, nie odkształci się oraz miałam jak zrobić mocne pikowania. Liczę na to, że pozostaną one w takiej wersji. Wszystko wycinałam zakupionym skalpelem... małym... bardzo małym skalpelem. Proces klejenia, naciągania, zszywania, naciągania pikowań, żmudny. Wielokrotnie zastanawiałam się czy efekt końcowy w ogóle do czegokolwiek będzie podobny. Jednym z problemów był bardzo cienki stary materiał z poszwy prababci. Drobne różyczki i kropeczki na materiale udało się wyeksponować wszywając biały materiał pod spód.
Reakcja rodziny, gdy wysyłałam im zdjęcie gotowego materaca - bezcenna. Nikt się nie zorientował, że jest on w skali 1/12.
Jednym słowem pierwszy przedmiot zrobiony z sukcesem.

niedziela, 1 marca 2015

Marzenie przelane na papier


Ileż to ja planowałam, jakich domków nie wymyśliłam. W końcu dwa lata to naprawdę dużo czasu.
Pierwszy projekt, dwa lata temu, rozrósł się w tak zastraszającym tempie (na papierze, rzecz jasna), że ostatecznie podjęłam decyzje o odroczeniu jego realizacji do czasu dorobienia się pokaźnych rozmiarów domu (w skali 1:1), tak aby to moje cudeńko się tam zmieściło. Mieszkając w bloku, trzeba wziąć pod uwagę przenoszenie rzeczy przez drzwi... klatkę schodową itd.
Wierząc w to, że ten albo żaden inny, faktycznie zaniechałam dalszych działań.

No i mamy okres z przed kilku miesięcy (w tym wspomniany ostatnio etap wyjazdu do Lubina/Lublina na kurs ;) ). Zweryfikowałam na nowo swoje pomysły. Znalazła gotowy wzór domku, narysowałam rzut z góry na zwykłym papierze w kratkę, po czym poprzesuwałam ściany, zmieniając go do swoich potrzeb. Ten projekt też się trochę rozrósł... ale na szczęście jedynie o 10 cm, i to w szerokości, Czyli ewentualna przeprowadzka z nim jest możliwa. Jak widzicie naszkicowanie mojej koncepcji, nie wymagało zbyt wielu trudów, ale wbrew pozorom, spędziłam przy tym sporo czasu, zastanawiając się co chcę tu umieścić i jak ma wygadać podział pokoi.
Rodzina została zasypana moimi pomysłami! Stety-Niestety, należę do osób mocno angażujących otoczenie w to czym się interesuję.

Ale tak naprawdę za realizację zabrałam się 3 tygodnie temu. wzięłam plany, odwiedziłam Mamę, Przedyskutowałam każde pomieszczenie, pomysły, możliwości realizacji, okien, drzwi itd.. Spisałam sobie wszystko, ostatecznie decydując co gdzie będzie. Po raz setny przeszperałam Internet w poszukiwaniu inspiracji i rozwiązań.
Potem posadziłam ze sobą Tatę, omówiliśmy co jest możliwe, co niekoniecznie i na czym mi zależy. No i oczywiście wytłumaczyłam mu mój "techniczny" rysunek :).

Gdy otrzymałam deklarację, wsparcia w te kwestii, rozpoczęłam drugi  etap... zakupy

sobota, 28 lutego 2015

Jak grom z jasnego nieba



Podobno miłość spada na nas jak grom z jasnego nieba.

Pamiętam to uczucie, zdziwienie, zachwyt, uwielbienie, przekonanie, że ON musi być mój… no może nie ten konkretny ale taki jak ON.

Miałam kilka lat i prawdopodobnie oglądałam wtedy fragment Teleranka. Prezentowano właśnie piękny, misternie wykonany domek dla lalek, z elektrycznością, z wszystkim najmniejszymi detalami. Nieświadoma wcześniej istnienia podobnych przedmiotów, zapragnęłam mieć jeden z nich. Ta scena w mojej głowie wyryła się bardzo silnie. Wielokrotnie w dziecięcych marzeniach wracałam myślami do tamtego obrazu. Nadal jest on dla mnie bardzo żywy, chociaż widziany przez kilkanaście, może kilkadziesiąt sekund.

Jakieś dziesięć lat później w prezencie urodzinowym od koleżanki z klasy dostałam misia,około piętnastocentymetrowego wykonanego ze sporą starannością. No cóż mogę powiedzieć… był uroczy. Postanowiłam zrobić dla niego mebelki. Ależ to było przedsięwzięcie!!! Środek lata, piękna pogoda a ja z wyrzynarką i piłką tworzyłam łóżko, fotel i stolik. Opanowałam trawnik cioci i malowałam jej farbą moje meblarskie dokonania. Później szukałam pianki, dobierałam odpowiedni materiał na materac i tak powstał mały zestaw. 


Po kolejnych dziesięciu latach odkryłam takich twórców jak SmallDreams i Miniaturowy Świat Lady Fanaberii. I zaczęłam rozumieć, że to sztuka, sztuka miniaturyzacji. Te wszystkie miniaturowe wiktuały jak szynki, pierogi, malutkie ekspresy do kawy i piękne stylowe wnętrza. Moja wyobraźnia naprawdę zaczęła galopować. Wiedziałam, że kiedyś to zrobię. Kiedyś.
Wszystkim pokazywałam, zachwycałam się, i deklarowałam stworzenia własnego domku. 

Od tamtej chwili minęło dwa lata i dopiero teraz zaczynam wprowadzać moje marzenie w życie. Nawet kilka miesięcy temu wybrałam się na kurs organizowany przez Lady Fanaberię. Aby z bliska zobaczyć jak to wygląda. Aby cokolwiek „liznąć” z teorii i praktyki, aby się przygotować. Wyruszyliśmy, po kilku godzinach drogi, i po kilkunastu minutach krążenia przy ulicy gen. Władysława Sikorskiego nr. 20… po całym tym czasie… zorientowałam się, że pomyliłam miasta…. tak o 523 km, o jedną literkę. Lubin, Lublin… no co za różnica prawda? Tak przy okazji Lublin ma wartą odwiedzenia starówkę.

Niemniej jednak. Zaczynam budowę! Zagłębiam się w skalę 1:12.

Całą sobą chcę być częścią tego świata!

Nazywam się Magda. Dla przyjaciół Magic.

Mam marzenie i nie zawaham się go w końcu zrealizować!